czwartek, 18 lipca 2013

Od Ashfur Do Milorda

Moje życie,ciągnie się tygodniem złożonym z piątków,a miesiące z samych 13-dni....Inaczej,pechowe życie.Pogoda zawsze jest pod psem,a mnie przytrafiają się najgorsze wypadki.Imię Ashfur,wziąło się z jednego nich.Oto historia:

Urodziłem się w schronisku,byłem najmniejszy i najsłabszy spośród rodzeństwa i w ogóle jakiś taki wybrakowany.Moi bracia mieli błyszczącą,lśniącą sierść,długą jak koński ogon a ja?Kołtuny,kłaki i jeszcze raz kołtuny.Wyglądałem jak pokraka.Moją matką była Alicen.Była kundlem,mieszańcem owczarka niemieckiego z huskim i border collie. (ojciec Alicen był mieszańcem huskiego i border colliego)
a moim ojcem,był zaś Aussie pomieszany z collie.
Po narodzinach,mieli mnie uśpić bo jakiś marny byłem.Nie za bardzo schludny i jak już mówiłem wybrakowany pokaraka.Lecz,kiedy leżałem już na stole i weterynarz miał już wbić we mnie igłę,coś się stało.Okno wyleciało a sufit się zawalił.I to mnie uratowało.Pożar.
Wtedy byłem już trochę większy,ile miałem...3 miesiące?Tak,trzy.Moja matka zginęła,ojciec przeżył a rodzeństwo już dawno było w bezpiecznych domach.Odnaleziono mnie w gruzach po trzech dniach,cały byłem w szary od popiołu.Znalazła mnie jakaś starsza pani,umyła,nakarmiła i.t.p.Nadała mi imię Ashfur,w tłumaczeniu popiół,dym.Niestety nie wiem po jakim języku ale wiem że Ashfur to dym albo popiół.Niedługo potem,moja pani zmarła na zawał serca.I tak zaczęło się pechowe życie.Cztery razy w ciągu dwóch miesięc,y,potrącił mnie samochód,raz wdałem się w bójkę a raz złapał mnie hycel.Potem trafiłem pod pociąg,ale się uratowałem.Ale potem jeżdziłem tym pociągiem.Gdy się zatzymywał,szukałem pożywienia i wracałem na czas.I tak trafiłem tu,do ośrodka "Happy Dog."
Jedzeniem były resztki chipsów,frytki czy kawałek pizzy.Raz kot podzielił się ze mną szczurem,ale to raz.Był bardzo hojny!Zostawił sobie tylko cztery łapy.
Więc byłem wygłodzony,chudy i brudny.
Gdy stanąłem przed drzwiami ośrodka "Happy Dog" miałem dokładnie 1,5 roku.Podróżowałem 12 miesięcy pociągiem,a pozostałe 2,wędrowałem od miejsca do miejsca ciągnąc za sobą pas pechowych wydarzeń.

Była zimna,deszczowa i burzliwa noc.Z ośrodka wychodzili i wchodzili ludzie.Z środka budynku,czuło się przyjemne ciepło.Pragnąłem tam wejść,lecz...nie,głupie.Ostrożnie przeszłem przez obrotowe drzwi i wylądowałem na środku wielkiej sali z recepcją i psami biegającymi dookoła.Nagle,podeszła do mnie jakaś samica.
-Cześć,jestem...
(?)

********************************************************************************
-Wiesz...smutno mi było,tam w Paryżu.I nudno,bez was...tego codziennego harmideru i wkurzających dźwięków...
-Ejj!-Renesmee przyjacielsko ugryzła mnie ucho
-No już dobrze...
-Ale tak na serio,co się działo u ciebie?
-Dzień jak codzień.Kolejny mój portret zawisł na ścianie w Luwrze...Nic ciekawego.Zwiedziłem Hawaje...ale ciągle się modliłem,że przyjdzie informacja że jest jakiś ośrodek,w którym są trzy kochane psy.Renesmee,Balto i Rambo.Ale Ramba tu nie widzę...
(Renesmee?Balto?Może Rambek?)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz